Bieganie

Finisz Maratonu Poznań 2013
Arek i Kamil na mecie Maratonu Poznań 2013
Ten wpis będzie inny niż wszystkie do tej pory. Po pierwsze, nie będzie dotyczył gotowania (a może jednak?), po drugie – będzie dotyczył biegania. Już od jakiegoś czasu mnie kusiło, żeby skrobnąć coś w tym temacie. A dzisiaj, przypadkiem, znalazłem blog z paroma wpisami Arka. Przypomniało mi się, jak to się wszystko zaczęło, to całe bieganie. Ten post będzie podróżą w otchłań czasów minionych, które już nie wrócą. Z jednej strony dobrze, z drugiej szkoda, bo może udało by się różne rzeczy zrobić inaczej (nie „lepiej”, tylko „inaczej”)…

Kiedyś, jeszcze za czasów liceum, byłem szczupły i w miarę wysportowany. Grałem w kosza i w siatkę. Potem przyszły studia (przerwane) i zmiana trybu życia na kompletnie siedzący. Zacząłem pracować, dużo czasu spędzałem na wyjazdach w Niemczech, żywiłem się źle (tłusto i za dużo). Przytyłem. W szczycie ważyłem grubo ponad 100kg przy wzroście 182 cm. Dużo za dużo.

W pewnym momencie, dużo później, zaczęła się dieta. Waga startowa była na poziomie 104kg, w kilka miesięcy zmalała do 82kg i tam się zatrzymała. To było już w trakcie pisania tego bloga. Niestety, zamiłowanie do jedzenia, wyjazdy i różne rozmaite wymówki spowodowały, że waga zaczęła znowu rosnąć. Odrobinkę tu, trochę tam i pojawiło się 85kg na wadze. Wiedziałem, że biega mój brat, oprócz tego jeździł na rowerze. Przebiegł maraton, co dla mnie wówczas było czystym szaleństwem. Oprócz tego, dwoje moich ówczesnych sąsiadów biegało (zresztą, dalej to robią!), wyglądało to na sport, który jest wystarczająco łatwy dla mnie. Zainspirowany, zacząłem też biegać. Pierwsze nieśmiałe próby miały miejsce w czerwcu 2011. Biegałem w tempie 8:50 min/km, z przerwami na chodzenie. Pobiegłem cztery razy w czerwcu, raz we wrześniu i zapał się skończył. Było wiele innych, ciekawszych zajęć (np. jazda na motocyklu).

W marcu 2012 coś się jednak znowu we mnie odezwało. Zrobiłem drugie podejście do biegania. W marcu pobiegłem raz, po czym przez prawie miesiąc nie biegałem. W kwietniu pobiegłem 6 razy, w tym raz prawie sześć i pół kilometra! Zmieniło się też tempo, na bliższe 6:30 min/km. Gdy zacząłem biegać w miarę regularnie, Arek powiedział mi o Nocnym Biegu Świętojańskim w Gdyni, na dystansie 10km. Ten dystans, to była dla mnie abstrakcja. Nie wyobrażałem sobie, jak można to przebiec i potem nie paść na twarz. Moje treningi trwały wtedy około 25 do 30 minut i przebywałem dystans około 4 do 4,5 km. Któregoś dnia zdecydowałem, że muszę sprawdzić, czy w ogóle dam radę przebiec te 10 km. Udało się, pierwszy raz przebiegłem 10 km i zajęło mi to 1 godzinę i 9 minut. Utwierdziłem się w przekonaniu, że całe to bieganie jest dla wariatów i masochistów. Byłem zmęczony, ale dziwnie pozytywnie naładowany. Stało się coś dziwnego, bo pomimo bólu w mięśniach, chciałem biegać więcej. Trzy dni później zaliczyłem kolejną dziesiątkę. Po dwóch dniach jeszcze jedną (już poniżej godziny). W czerwcu 2012 starałem się biegać w miarę regularnie, żeby 7 lipca przebiec swoje pierwsze zawody. Chciałem skończyć poniżej godziny, ostatecznie dobiegłem w czasie 55 minut i 42 sekundy. Na finiszu Arek pokazał mi wyższość swojej wiedzy biegowej nad moją i mnie wyprzedził. Ja, niestety, spaliłem się wcześniej, nie zachowując sił na finisz (chociaż i tak jeszcze udało mi się przyspieszyć na ostatnim kilometrze!). Na mecie byłem wykończony, ale bardzo szczęśliwy. Atmosfera zawodów zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Podobnie jak pogoda, która zafundowała nam atrakcje, gdy szliśmy (a raczej płynęliśmy) w burzy odebrać pakiety startowe. Wiedziałem już, że chcę więcej, że chcę to czuć częściej.

Zacząłem biegać regularnie, chociaż bez jakiegokolwiek planu czy struktury treningu. Po prostu biegałem. W lipcu 2012 przebiegłem niecałe 58 kilometrów. W sierpniu już 96. Ilość miesięcznie przebieganych kilometrów powoli rosła, by w grudniu 2012 przekroczyć 240. W tym samym czasie, gdy zacząłem biegać, sporo rzeczy w moim życiu się popsuło (nie przez bieganie, żeby nie było). Bieganie stało się uzupełnieniem terapii. Postawiłem sobie cel, że chcę przebiec maraton, a konkretnie Maraton Solidarności w Trójmieście. Chociaż jeden, a potem będę mógł sobie odpuścić bieganie w zawodach i zostać przy bieganiu bez celów. Do maratonu trenowałem ciężko, chociaż nie do końca mądrze. Zacząłem posiłkować się książkami, najbardziej do gustu przypadła mi książka o tytule „Bieganie metodą Danielsa” autorstwa Jack’a Daniels’a. Zimę postanowiłem przebiegać w drugiej strefie tętna, zazwyczaj robiąc około 10-11 km, z okazjonalnymi długimi wybieganiami w granicach 20 km. W tzw. międzyczasie biegałem również w zawodach biegowych na dystansie 10 km organizowanych w Gdyni i Gdańsku, poprawiając swoje życiówki.

W połowie kwietnia 2013 się przeprowadziłem. Zacząłem biegać po bardziej pagórkowatym terenie, bo takie trasy były dla mnie dostępne. Pojawiły się coraz dłuższe wybiegania, w okolicach 30 km. Pierwsze 32 km, które przebiegłem w maju zajęły mi 3 godziny i 5 minut. Kolejne, miesiąc później, już tylko 2 godziny i 43 minuty. Następne takie wybieganie, w lipcu, zajęło mi 2 godziny i 50 minut, ale celowo było wolniejsze, żeby trzymać się drugiej strefy tętna. Później już tak długich wybiegań nie robiłem.

15 sierpnia przyszedł czas na start. Założenie było takie, żeby dobiec w okolicach 4 godzin. Wiedziałem już wtedy, że większość trasy muszę pokonać w tempie, które będzie komfortowe na tyle, żebym dał radę przebiec 42 kilometry i 195 metrów. Na start zawiózł mnie Arek, który chłodził mój bojowy zapał, ostrzegając, żebym się „nie zajechał” na początku. Postanowiłem zrobić, tak jak brat mi radził. Chciałem „złapać” się pacemakerów prowadzących na 3h45m i spróbować tak przebiec ten maraton. Na starcie trochę mnie poniosło i znalazłem się w pobliżu „baloników” na 3h30m, więc po trzecim kilometrze próbowałem zwolnić. Poniekąd się udało, bo 3h30m na balonikach zaczęło się oddalać. Niestety, nie mogłem wypatrzeć tych na 3h45m, a biegło mi się zbyt wolno… Po siódmym kilometrze zdecydowałem, że będę biegł tak, żeby mi się biegło wygodnie i jeśli zabraknie mi sił, to po prostu zwolnię. Na dziewiętnastym kilometrze dogoniłem pacemakerów na 3h30m. I tak sobie biegliśmy razem w dużej grupie, do chwili, kiedy na 29km jeden z pacemakerów powiedział, że trzeba przyspieszyć pod górkę, a potem z górki sobie pobiegniemy wolniej. Na szczycie górki rzucił, że żartował i w sumie to powinniśmy jeszcze przyspieszyć. Coś mi odbiło i faktycznie przyspieszyłem. Oderwałem się od grupy i „gnałem” sam. Tak dobiegłem do Westerplatte (34 kilometr), gdzie stwierdziłem, że w sumie to kończą mi się siły i powinienem chyba odpuścić, zwolnić i poczekać na baloniki na 3h30m, żeby się podczepić i po prostu dobiec. Ale jakiś diabeł z tyłu głowy mi podpowiedział, że jak pobiegnę szybciej, to szybciej będę mógł odpocząć. No to biegłem nie zwalniając. Na metę trafiłem po 3 godzinach, 28 minutach i 48 sekundach (czas brutto), czyli ponad 31 minut szybciej niż miałem. Moje pierwsze słowa na mecie to „nigdy więcej!”, a Arek stwierdził, że mnie pogięło. Po kilku minutach odpoczynku, zjedzeniu czegoś i rozsznurowaniu butów poczułem się znowu jak człowiek. Doszedłem do wniosku, że może jednak to nie był mój ostatni maraton…

Dzień później zapisałem się na Maraton Warszawski, który skończyłem w czasie 3 godziny 17 minut. Dwa tygodnie później pobiegłem Maraton Poznański, gdzie próbowałem być pacemakerem dla Arka, który chciał zejść poniżej 4 godzin w maratonie (i się udało!). Kolejne dwa tygodnie później przebiegłem Maraton Toruński. W sumie trzy maratony w sześć tygodni. W tym roku chcę przebiec Koronę Maratonów Polskich, więc przebiegłem już dwa (Dębno i Kraków), czekają mnie jeszcze cztery (Solidarności – ten się nie liczy do Korony, Wrocław, Warszawa i Poznań) oraz półmaraton w Gdańsku. Dziesiątek już nie liczę.

Do dzisiaj zastanawiam się, czy bym biegał, gdyby nie to, że Arek namówił mnie na start w Gdyni. Zanim pobiegłem w zorganizowanym biegu, uważałem, że to nie ma sensu. Gdyby nie to, że zacząłem stawiać sobie cele biegowe, to pewnie bym znowu się znudził. Tak czy owak, dziękuję Ci Arek, za to co żeś mi zrobił. Gdyby nie Ty, to nie dołączył bym do zacnego grona maratończyków ;) I dziękuję Joli, za to, że mnie wspiera i „robi” za sekcję techniczną na biegach. :)

Na koniec, żeby nie było wyłącznie tekstu, zdjęcie, przy którym nieustannie się wzruszam. Arek i ja kończymy razem Maraton Poznański w 2013 roku (czas brutto ponad 4h, ale czas netto poniżej!):

Finisz Maratonu Poznań 2013
Arek i Kamil na mecie Maratonu Poznań 2013

PS.
Jako, że w planach na przyszły rok jest życiówka w maratonie, to zaczną się pojawiać na blogu wpisy odnośnie diety, jaką sobie szykuję, żeby osiągnąć docelową wagę startową – 75 kg. To tak, żeby chociaż trochę było na temat. ;)